Trzy godziny przed planowaną wizytą u pediatry rozpoczęłam przygotowanie do tego jakże ważnego wyjścia. Kruszyna miała już blisko dwa miesiące, a ja powoli zaczynałam ogarniać co się dookoła mnie dzieje ( tak przynajmniej mi się wydawało). Postanowiłam być super przygotowana. Książeczka jest, pieluchy są, smoczki, podkłady jednorazowy, grzechotki, mokre chusteczki…. gotowe! Jeszcze tylko ubrać pięknie maleństwo. Tutaj zaszalałam sukieneczka, rajstopki, spineczka we włosach – wyglądała cudnie. Niestety 10 min później się jej ulało więc czekało nas przebieranie w inny spektakularny outfit ( w końcu jako młoda mama nakupiłam sporo ciuszków, które do niczego się nie nadają poza pięknym wyglądem ) Gdy znowu wyglądała jak laleczka mi samej zostało 10 min na umycie zębów i wskoczenie w ciuchy. Mała buntowniczka nie chciała też ułatwić samej drogi do lekarza i 3 min po wyjściu z domu zaczęła płakać. A właściwie nie płakać, a ryczeć w niebogłosy, tak że wszyscy mijający nas ludzie patrzyli na mnie z politowaniem.
Szybkie karmienie na pierwszej napotkanej ławce i krokiem godnym Korzeniowskiego potruchtałam z dzieckiem na ręce, drugą pchając wózek. Gdy dobiegłam do przychodni okazało się, że byłam minutę przed czasem. Udało się, krzyczałam w myślach, ścierając kropelki potu z czoła.
Doczekałam się i pochwał od samej Pani Doktor. Już w drzwiach lekarka nie szczędziła komplementów Kruszynce: -A co to za mała księżniczka tak pięknie wystrojona. I już byłam dwa centymetry nad ziemią gdy nagle padło: – ale Pani to ma bluzkę na lewą stronę…

foto:
 bastamanography is licensed under CC BY-NC-SA 2.0 

Share: