Jak to jest, że kupujemy dziecku rzeczy i wręczamy je jako prezent, ale jednocześnie czujemy, że one nadal są nasze. Decydujemy kiedy i jak ma z nich korzystać. Denerwujemy się, gdy zabawka ulegnie zniszczeniu. Często ”rzucamy” słowa : „ nie dbasz o rzeczy!”, „więcej Ci nic nie kupię!”, „wiesz ile to kosztowało?!”.

A gdyby przewrotnie odwrócić role. Gdybyś to Ty rodzicu rozbił swój ulubiony kubek, który dostałeś w prezencie od przyjaciela. Zadzwoniłbyś do niego przybity chcąc podzielić się tą wiadomością i towarzyszącymi Ci uczuciami (smutkiem, żalem..). Usłyszał byś jednak to co dorośli często mówią swoim dzieciom: : „ nie dbasz o rzeczy!”, „więcej Ci nic nie kupię!”, „wiesz ile to kosztowało?!”. Co być poczuł ? Złość, brak zrozumienia? A może jednak wdzięczność za cenne spostrzeżenia?
Nie twierdzę, że dzieci nie trzeba uczyć szanować rzeczy. Uważam jednak, że najlepiej jest to robić dając dobry przykład i spokojną rozmową. Moment po zniszczeniu czegoś nie jest jednak dobrym czasem na taką rozmowę. Wyjdzie z tego raczej „kazanie” po którym nasze dziecko nauczy się tylko by w przyszłości ukrywać przed rodzicami wszelkie szkody, które wyrządziło.
Może się też tak się zdarzyć, że nasze dziecko „udekoruje” swoją własność np. flamastrami, nożyczkami… Warto wówczas zapytać dziecka czy jego zdaniem dana rzecz wygląda lepiej? Czy pomóc mu w zniwelowaniu w naszym odczuciu szkód? Nie działaj w takiej sytuacji impulsywnie, nie wpadaj w szał. Miej w głowie głos „to jego rzecz on nią zarządza”, „ to jego strata”, „samo wydarzenie może go czegoś nauczy”.
Aby pomóc Wam lepiej zrozumieć dlaczego nie koniecznie dobrym rozwiązaniem jest usuwanie szkód (albo zdaniem dziecka – modyfikacji lub ulepszeń) bez rozmowy z właścicielem zabawki lub innej rzeczy, podzielę się moim doświadczeniem z dzieciństwa. Pewnego dnia (myślę, że miałam wtedy około 13 lat) dostałam od rodziców wagę. Była to zwykła, nudna biała waga, która stała w moim pokoju. Pewnego dnia pomyślałam, że nadam jej jakiś fajny, humorystyczny sznyt. Postanowiłam namalować na niej słonia. Słoń wyszedł jak żywy przynajmniej w moim odczuciu. Pękałam wręcz z dumy. Bojąc się, że może się rozmazać gdy będę na nim stawać zabezpieczyłam go kilkoma warstwami lakieru do włosów.
Jakieś kilka dni po ukończeniu mojego dzieła, gdy wróciłam ze szkoły moja mama przywitała mnie opowieścią o tym ile trudu musiała włożyła w usunięcie moich malowideł z wagi. W jej oczach to nie była grafika tylko akt wandalizmu, którego ofiarą padała niczego winna waga. Chyba nie muszę pisać jak moje samozadowolenie i pewność siebie zostały ten sposób zrównane z ziemią, niczym zbędny, nikomu niepotrzebny budynek. Pamiętam towarzyszący mi smutek wywołany przez doprowadzenia wagi do pierwotnego stanu. Moja mama nie miała przecież złych intencji. Chciała po prostu pokazać mi, że niewystarczająco dbam, o te drogie rzeczy, które … mi kupuje.

Poprzez ten wpis chciałam zwrócić Wasz uwagę na pojęcie własności. Jak Ty podchodzisz do rzeczy dziecka?

Czy jako osoba dorosła dajesz rzeczy swojemu dziecku, czy tylko pozwalasz mu ich używać na własnych zasadach i życzysz sobie by wróciły do Ciebie w pierwotnym stanie. Jaki jest Twój punkt widzenia na ten temat?

Share: